Królowa boho: Isabel Marant

Tekst: Karo­li­na Błasz­kie­wiecz

Nie wie­dzia­łam, co to moda
Paryż, rok 1967. Na świat przy­cho­dzi cór­ka fran­cu­skie­go foto­gra­fa i nie­miec­kiej model­ki, Isa­bel­la. Jako 6‑latka odkry­wa, że dale­ko jej do grzecz­nej dziew­czyn­ki. Od różu i tiu­lu woli typo­we, męskie akce­so­ria. W wie­ku 10 lat wie już, co chce nosi, ale nie myśli jesz­cze o ubie­ra­niu innych. Czu­je, że rola ład­ne­go dziec­ka przy­pa­da bra­tu, więc sta­wia na pro­wo­ka­cję. Zaglą­da do gar­de­ro­by ojca – po szko­le para­du­je w jego jedwab­nych szla­fro­kach i slip­per­sach, a za duże swe­try prze­ra­bia na sukien­ki. Inspi­ra­cje czer­pie z dzie­cię­cych, egzo­tycz­nych wypraw, ale na jej gust wpły­wa­ją też sza­lo­na guwer­nant­ka i hin­du­ska maco­cha. Marant szy­je dla zachwy­co­nych jej sty­lem zna­jo­mych, wzbu­dza­jąc zain­te­re­so­wa­nie lokal­ne­go buti­ku. Zaro­bio­ne tam pie­nią­dze wyda­je na zaję­cia w Stu­dio Ber­cot, pre­sti­żo­wej szko­le pro­jek­to­wa­nia i sty­li­za­cji. Mimo, że nie widzia­ła sie­bie w świe­cie mody, ten wybór oka­zu­je się strza­łem w dzie­siąt­kę. W 1987 roku pro­jek­tant­ka pozna­je Micha­ela Kle­ina, defi­niu­ją­ce­go pary­ski szyk. Staż u nie­go to tyl­ko począ­tek, póź­niej współ­pra­cę pro­po­nu­ją zna­na pro­jek­tant­ka, Brid­get Yor­ke i Marc Asco­li (dyrek­tor arty­stycz­ny dużych domów mody – przyp. red.). Marant poma­ga temu ostat­nie­mu przy two­rze­niu kolek­cji Chloé, Mar­ti­ne Sit­bon czy Yoh­ji Yama­mo­to.

 “Inspiracje czerpie z dziecięcych, egzotycznych wypraw, ale na jej gust wpływają też szalona guwernantka i hinduska macocha.”

Czy chcia­ła­bym to nosić?
Pierw­sze suk­ce­sy budzą głód kre­owa­nia pod wła­snym szyl­dem. 22-lat­ka dzię­ki mat­ce zakła­da linię Twen – sprze­da­je dodat­ki i biżu­te­rię. To jed­nak nie wystar­czy, bo 4 lata póź­niej otwie­ra stu­dio w naj­mod­niej­szym dys­tryk­cie Pary­ża, Mara­is. Uwa­gę klien­tek przy­cią­ga ubra­nia­mi, pod­kre­śla­ją­cy­mi kobie­cość, ale nie w ste­reo­ty­po­wy, czy­taj: super sek­sow­ny  spo­sób. Biz­ne­so­wa samo­dziel­ność zmu­sza Marant do pój­ścia za instynk­tem. Co to ozna­cza? Szcze­rość i twar­de stą­pa­nie po zie­mi. Mówi, że łatwo two­rzyć magię na czer­wo­nym dywa­nie, tyl­ko ile z nas ma szan­sę po nim przejść? Bywa­my jed­nak świad­ka­mi tej codzien­nej, ulicz­nej. Taka moda inte­re­su­je Marant, moda, któ­ra odpo­wie gustom kobiet o sil­nej oso­bo­wo­ści, chcą­cym dys­kret­nie wyróż­nić się z tłu­mu. Takie też zatrud­nia w cha­rak­te­rze mode­lek do pierw­sze­go poka­zu Wio­sna – Lato 1995. Nie ma wśród nich jesz­cze gorą­cych nazwisk wybie­gu, ale zna­jo­me sty­list­ki i redak­tor­ki modo­we. Pro­jek­tant­ka zysku­je w oczach klien­tek oraz kry­ty­ków, powo­li sta­jąc się kró­lo­wą sty­lu boho. Świat mody przyj­mu­je ją z otwar­ty­mi ramio­na­mi – otrzy­mu­je Award De La Mode i tytuł naj­lep­szej pro­jek­tant­ki kobie­cej Whir­po­ola. Pyta­nie, któ­re zada­wa­ła sobie na począt­ku: Czy chcia­ła­bym to nosić?, będzie już sta­łym ele­men­tem pro­ce­su twór­cze­go.

W dro­dze na szczyt
W 1998 roku Marant gościn­nie pro­jek­tu­je dla zna­nej, fran­cu­skiej mar­ki kata­lo­go­wej La Redo­ute, otwie­ra też nową linię I*M w Japo­nii. Paryż pod­bi­ja już szyl­dem Isa­bel Marant – pierw­szy sklep to daw­ne stu­dio arty­stycz­ne przy rue de Cha­ron­ne w dys­tryk­cie Bastil­le. Rok po jego zało­że­niu debiu­tu­je tań­szą, casu­alo­wą linią Éto­ile – do sprze­da­ży tra­fia­ją jean­sy, t‑shirty i bie­li­zna. Kolek­cja wzbu­dza entu­zjazm, co przy­czy­nia się do otwar­cia kolej­ne­go skle­pu, tym razem w dziel­ni­cy Saint Ger­man des Pres. Pry­wat­ne życie Marant wywra­ca się do góry noga­mi, kie­dy pozna­je Jérôme Drey­fus­sa, pro­jek­tan­ta tore­bek i w 2003 roku rodzi mu syna, Tala. Chło­piec koń­czy rok, gdy jego mat­ka wyda­je dzie­cię­cą kolek­cję, by zaraz zało­żyć butik pop-up i – dwa lata póź­niej – wejść w kola­bo­ra­cję z mar­ką Anth­ro­po­lo­gie. Wszyst­ko ukła­da się do momen­tu, aż mar­ka Naf Naf kopiu­je jej czar­ną sukien­kę, pocho­dzą­cą z kolek­cji jesień – zima 2006. Marant wal­czy w sądzie, kie­dy ten zobo­wią­zu­je fir­mę do wypła­ty odszko­do­wa­nia w wyso­ko­ści 75 tysię­cy euro. Być może kwo­tę tę prze­zna­czy­ła na pod­bój Ame­ry­ki. Debiut musiał odbyć się w naj­mod­niej­szej dziel­ni­cy Nowe­go Jor­ku, SoHo. Sąsia­dem Marant został jej mąż, a wier­ny­mi klient­ka­mi nie tyl­ko super model­ki, któ­re cho­dzą u niej od lat.

Być jak Anja Rubik
Czy Marant, szyb­ko okrzyk­nię­ta kró­lo­wą boho, zapo­mnia­ła o swo­jej misji ubie­ra­nia „zwy­kłych kobiet”? Nie­ko­niecz­nie. Cho­ciaż wie, że wybieg to miej­sce szczu­płych, wyso­kich dziew­czyn, takich jak Kar­lie Kloss czy Anja Rubik, ta wie­dza nie stoi na kontrze do jej filo­zo­fii.  – Chcę, żeby kobie­ty oglą­da­jąc moją kolek­cję, poczu­ły, że mogą być Anją – powie­dzia­ła w jed­nym z wywia­dów. W życiu pre­fe­ru­je natu­ral­ność, nie malu­je się i nie far­bu­je wło­sów. Sto­su­je też taką poli­ty­kę zawo­do­wo, cho­ciaż jej meto­dy sta­no­wią wyją­tek w bran­ży. Model­ki, któ­re chcą cho­dzić u Isa­bel Marant, muszą zapo­mnieć o make-upie i waż­no­ści poka­zu, któ­ry na nie­szczę­ście koń­czy się tuż przed show napraw­dę wiel­kich nazwisk. Bie­ga­nie mię­dzy jed­nym a dru­gim wca­le nie­po­cząt­ku­ją­cych dziew­czyn jest dla Fran­cuz­ki naj­więk­szym kom­ple­men­tem. Marant kie­ru­je się swo­imi, nie zawsze popu­lar­ny­mi prze­ko­na­nia­mi – zarów­no w pra­cy z model­ka­mi, jak i w wybo­rze mate­ria­łów. Uży­wa tyl­ko natu­ral­nych włó­kien: baweł­ny, jedwa­biu, lnu, fla­ne­li, a więk­szość pocho­dzi z indyj­skich wio­sek, a nie fabryk Bom­ba­ju.

Chcę, żeby kobiety oglądając moją kolekcję, poczuły, że mogą być Anją.”

Praw­dzi­we ciu­chy dla praw­dzi­wych dziew­czyn
Isa­bel to iko­na nie­wy­mu­szo­ne­go, łatwe­go sty­lu, nie mają­ce­go nic wspól­ne­go z prze­py­chem, za to wie­le z … czło­wie­kiem. Naj­waż­niej­sze są pro­por­cje, odpo­wied­nie cię­cie, dobra tka­ni­na – każ­da kobie­ta, zakła­da­jąc marsz­czo­ne spodnie i chło­pię­cy bla­zer, bez wzglę­du na wiek albo roz­miar ma czuć się jak milion dola­rów. I nie chcieć ich z sie­bie zdjąć. Dla­te­go do współ­pra­cy zapra­sza­ją ją takie fir­my jak Maison Hari­ta­ge Paris , Oli­ver Peoples czy H&M. Ta ostat­nia kola­bo­ra­cja wywo­ła­ła praw­dzi­we sza­leń­stwo – do tego stop­nia, że do skle­pów fan­ki Marant wpusz­cza­no gru­pa­mi w odstę­pach 20 minut. Co na to sama kró­lo­wa boho? – Nie zale­ży mi na cią­głym roz­wo­ju i sprze­da­ży, chcę po pro­stu być w miej­scu, któ­re mnie przy­po­mi­na. Imię w świe­tle reflek­to­rów to nie moja baj­ka.

Najważniejsze są proporcje, odpowiednie cięcie, dobra tkanina – każda kobieta, zakładając marszczone spodnie i chłopięcy blazer, bez względu na wiek albo rozmiar ma czuć się jak milion dolarów.

For Vers-24, War­saw

_____

POLECAJCIE:



Komentarze

komen­ta­rzy