SPORTY DŻENTELMEŃSKIE. GRA, NIE ZABAWA.

Tekst/grafika: Ivan Tor­chi­lov

1s

Praw­dzi­wi dżen­tel­me­ni oczy­wi­ście mogą nie prze­pa­dać za bok­sem, ale ich obo­wiąz­kiem jest trzy­mać się twar­do, kie­dy przyj­mu­ją cios. Sio­dło zaś ma koja­rzyć się im nie tyl­ko z rowe­rem.

Pił­ka noż­na – idąc za myślą sir Geo­r­ge’ a Moore’a – to gra dżen­tel­me­nów, upra­wia­na przez chu­li­ga­nów. Dla­te­go war­to powstrzy­mać się przed poku­są natych­mia­sto­we­go zało­że­nia kor­ków i wyj­ścia na mura­wę. Nowo­cze­sna ety­ka pił­kar­ska zakła­da, że jedy­ną zdo­by­tą wie­dzą będzie ta z zakre­su symu­lo­wa­nia fau­lów. Jaka gra jest zatem god­na praw­dzi­we­go dżen­tel­me­na? Sir Moore twier­dzi, że jest nią rug­by. W cza­sach PRL‑u sport ten uwa­ża­no za bur­żu­azyj­ny, więc nie był spe­cjal­nie wspie­ra­ny przez wła­dzę ludo­wą. Szcze­rze mówiąc, aktu­al­nie rów­nież nie jest, cho­ciaż rug­bi­ści nie muszą już bać się podej­rzeń o zacho­wa­nie anty­so­cja­li­stycz­ne. Od Jastrzę­biej Góry do Opo­nek, od Odry do Bugu znaj­dą się nie­licz­ne ama­tor­skie gru­py, któ­re z regu­ły potrze­bu­ją więk­szej licz­by zawod­ni­ków.

2

A jed­nak, nie wszyst­kim i nie zawsze pasu­ją gry zespo­ło­we. Szcze­gól­nie dzie­je tak, gdy dżen­tel­men chce reali­zo­wać swój poten­cjał indy­wi­du­al­nie – wte­dy jak naj­bar­dziej spraw­dza się boks. I niech pole­je się krew, poja­wią sinia­ki! Nie­wy­obra­żal­ne szko­dy towa­rzy­szą bru­tal­ne­mu spor­to­wi, podob­nie jak nici igłom. Mimo real­nych zagro­żeń, war­to się zasta­no­wić – z bok­sem bowiem przy­jaź­ni­ło się spo­ro wybit­nych posta­ci: Sir Artur Conan Doy­le, Jack Lon­don, Ernest Hemin­gway, Char­lie Cha­plin, czy Vla­di­mir Nabo­kov. Oczy­wi­ście Pol­ski Zwią­zek Bok­su nie otwie­ra swo­ich drzwi ama­to­rom, ale ama­tor­skie związ­ki, jak naj­bar­dziej. Jeśli nato­miast zapa­cho­wa mie­szan­ka krwi, potu i waze­li­ny nie nale­ży do ulu­bio­nych, a poobi­ja­na twarz (ku uldze Lesz­ka Czaj­kow­skie­go) wyda­je się mało ide­al­na, war­to posta­wić na hipo­te­ra­pię. Teraz mówi się o „spo­rcie kon­nym” – godzi­na jaz­dy w War­sza­wie to wyda­tek oko­ło 50 zło­tych. Inwe­sty­cja zwra­ca się po roku lub dwóch latach inten­syw­nych tre­nin­gów. Dżen­tel­men poczu­je się  wte­dy mistrzem nie tyl­ko lokal­nych torów wyści­go­wych, ale nawet tych w Ascot. A jeże­li poja­wi się opcja zapi­su do dru­ży­ny polo, skut­ku­je to oka­zją pozna­nia kor­pu­su dyplo­ma­tycz­ne­go wszyst­kich kra­jów arab­skich. No i żeby czuć się jak na koniu, trze­ba w koń­cu go dosiąść.

3s

For Vers-24, War­saw

_____

POLECAJCIE:



Komentarze

komen­ta­rzy