Amy Winehouse i Klub 27. O nieśmiertelności, legendzie i przeznaczeniu.

Klub 27, tak mówi się o grupie artystów, którzy mając zaledwie 27 lat opuścili ziemski padół. 23 lipca 2011 roku dołączyła do nich Amy Winehouse. Stanęła obok Jima Morrisona, Janis Joplin i Kurta Cobaina. W Cannes odbyła się właśnie premiera filmu o wokalistce – zapowiada się obraz wyjątkowy pod wieloma względami. Obraz, który ponawia pytanie: Czy śmierć wielkich talentów w tak młodym wieku to fenomen świata muzyki, klątwa a może zwykły przypadek?

Tekst: Karo­li­na Błasz­kie­wicz
Zdję­cia: fdrmx.com, rollingstone.com, pinterest.com, britpopnews.com

 UMG-Debuted-Amy-Winehouse-Documentary-Trailer-News-FDRMX-1024x576

27 rok życia sta­no­wi pew­ną cezu­rę, do któ­rej nie wszy­scy są przy­go­to­wa­ni. Zachły­śnię­cie mło­do­ścią, sku­pie­nie na osią­ga­niu takich celów jak: suk­ces, karie­ra, uda­ny zwią­zek – a to nie zawsze się uda­je. Czło­wiek uświa­da­mia sobie, że to moment kie­dy musi doro­snąć i być odpo­wie­dzial­nym, a tak napraw­dę nie jest na to goto­wy. Wiel­cy arty­ści szcze­gól­nie – dora­sta­nie dla nich ozna­cza wypa­le­nie, boją się, że odej­dą w zapo­mnie­niu. Coba­in w liście poże­gnal­nym napi­sał: „Lepiej spło­nąć, niż blak­nąć powo­li”.  Cudow­ne wyda­wa­ło się odejść w momen­cie naj­więk­szej chwa­ły, nigdy się nie zesta­rzeć, nie wypa­lić i być nie­śmier­tel­ną legen­dą. Nad­wraż­li­wość nie pozwa­la­ła człon­kom Klu­bu 27 zaak­cep­to­wać ota­cza­ją­cej ich rze­czy­wi­sto­ści.

Na dnie

Amy Wine­ho­use aż tak bar­dzo nie zasko­czy­ła swo­im odej­ściem, cho­ciaż przy­ję­to je ze smut­kiem – nie tak powin­na koń­czyć się jej histo­ria. Z dru­giej stro­ny chcia­ła wal­czyć ze swo­imi demo­na­mi, ale zbyt czę­sto była w tej swo­jej wal­ce osa­mot­nio­na. Wspar­cia szu­ka­ła u osób rów­nie sła­bych, co ona sama. Ostat­ni chło­pak odszedł, bo sądził, że podej­mo­wa­nie kolej­nej pró­by wycią­gnię­cia Amy z  nało­gu jest bez sen­su. Do tego Bla­ke, były mąż chęt­nie dzie­lił się z pra­są intym­ny­mi szcze­gó­ła­mi z ich wspól­ne­go życia. Jedy­ną oso­bą, któ­ra za wszel­ką cenę chcia­ła utrzy­mać przy zdro­wych zmy­słach był Mitch Wine­ho­use. Wysy­łał jedy­nacz­kę na odwy­ki, poma­gał wycho­dzić na pro­stą, ale widocz­nie to nie wystar­czy­ło. Amy poszła dobrze zna­ną sobie dro­gą ku destruk­cji, cho­ciaż wca­le tego nie chcia­ła. Roz­pacz­li­we woła­nie znisz­czo­nej nało­ga­mi dziew­czy­ny: „Nie pozna­ję sie­bie, jestem wra­kiem czło­wie­ka. Pomo­cy!”  umknę­ło gdzieś pro­du­cen­tom, któ­rzy zmu­sza­li ją do wystę­pów. Ten ostat­ni, w Bel­gra­dzie, był gwoź­dziem do trum­ny. Dzi­siaj Amy i jej legen­da odży­wa­ją na wiel­kim ekra­nie. Przy­ja­cie­le woka­list­ki stwo­rzy­li doku­ment, poka­zu­ją­cy dro­gę na szczyt, chwa­łę i tra­gicz­ny upa­dek. Mimo sprze­ci­wów rodzi­ny, któ­ra widzi w nim zbyt wie­le uprosz­czeń i nie­ści­sło­ści, wej­dzie on na ekra­ny kin latem. Jego zapo­wiedź już jed­nak robi nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie, przy­wo­łu­jąc na myśl człon­ko­stwo Amy w Klu­bie 27.

121110-rollingstones-39-rect-1352696757

Witaj w klu­bie

Pierw­szą zna­ną oso­bą, zmar­łą w wie­ku 27 lat był zało­ży­ciel The Rol­ling Sto­nes – Brian Jones. Sta­ło się to w 1969 roku w nie­wy­ja­śnio­nych do dziś oko­licz­no­ściach. Mar­twe­go muzy­ka zna­le­zio­no w base­nie w posia­dło­ści A.A. Mil­ne­go (auto­ra „Kubu­sia Puchat­ka”). Według poli­cji Jones popeł­nił samo­bój­stwo, choć wie­lu uwa­ża, że został zamor­do­wa­ny przez Fran­ka Tho­ro­ugh­go­oda, robot­ni­ka. Dwa lata póź­niej odszedł Jimi Hen­drix. Udu­sił się wła­sny­mi wymio­ci­na­mi po popi­ciu alko­ho­lem dzie­wię­ciu table­tek nasen­nych. Następ­na była Janis Joplin, zna­na z pro­wa­dze­nia rów­nie destruk­cyj­ne­go try­bu życia, co Wine­ho­use. Artyst­ka mia­ła niską samo­oce­nę – nie czu­ła się ani pięk­na, ani zbyt uta­len­to­wa­na. Przy­czy­na jej śmier­ci to przedaw­ko­wa­nie hero­iny. Daw­ka nar­ko­ty­ku oka­za­ła się więk­sza niż myśla­ła – dealer zapo­mniał o tym powie­dzieć. Co cie­ka­we męż­czy­zna ten spo­ty­kał się z Pame­lą Cour­son, dziew­czy­ną Jima Mor­ri­so­na – kolej­ne­go, któ­ry „wstą­pił” do klu­bu. Powód: zatrzy­ma­nie akcji ser­ca. Picie kil­ku bute­lek whi­sky dzien­nie dopro­wa­dzi­ło go do smut­ne­go koń­ca w wan­nie pary­skie­go poko­ju hote­lo­we­go. W wie­ku 27 lat odszedł tak­że Kurt Coba­in, będąc pod wpły­wem hero­iny i valium, strze­lił sobie w gło­wę.

1035x697-20140402-kurt-x1800-1396463734

Magicz­na destruk­cja albo chi­chot losu

27 sta­ła się legen­dar­ną, magicz­ną licz­bą rock’and’rolla. To ide­al­ne dopeł­nie­nie dla słów: „Żyj szyb­ko, umie­raj mło­do”. Pięk­nie brzmi. Stąd oso­by, któ­re poko­cha­ły życie na kra­wę­dzi nie potra­fią udźwi­gnąć cię­ża­ru bycia kolo­ro­wym pta­kiem. Zapo­mi­na­ją, że czas nie sta­nie w miej­scu, a ich chwa­ła kie­dyś prze­mi­nie. Może wła­śnie dla­te­go ubó­stwia­ją bada­nie róż­nych sta­nów świa­do­mo­ści przy pomo­cy nar­ko­ty­ków i alko­ho­lu. Być jak Jimi, kuszą­ce…

mia-zapata-head

Człon­kiem Klu­bu 27 zosta­je się jed­nak nie tyl­ko dzię­ki pocią­gom do auto­de­struk­cji. Mia Zapa­ta, woka­list­ka zespo­łu The Gits, zgi­nę­ła z rąk ryba­ka, Jesu­sa Mezqu­ia, zna­ne­go poli­cji w Seat­tle ze sto­so­wa­nia prze­mo­cy wobec kobiet. Za swój czyn odpo­wie­dział dopie­ro w 2004 roku – 10 lat po zamor­do­wa­niu artyst­ki, któ­ra nie była uza­leż­nio­na od nar­ko­ty­ków czy alko­ho­lu. Po pro­stu zna­la­zła się w nie­od­po­wied­nim miej­scu i cza­sie. Robert John­son, podob­nie jak Zapa­ta, nie miał wca­le pro­ble­mu z używ­ka­mi. Nagry­wał w latach 30-tych XX wie­ku, zdo­by­wa­jąc roz­głos dzię­ki wiel­kie­mu talen­to­wi. Był mistrzem blu­esa i do dziś inspi­ru­je takich muzycz­nych gigan­tów jak Eric Clap­ton, a maga­zyn Rol­ling Sto­ne umie­ścił go na 5. miej­scu listy 100 naj­więk­szych gita­rzy­stów wszech­cza­sów. To mogły­by być wystar­cza­ją­ce powo­dy (oprócz wie­ku) dla któ­rych nale­ży do Klu­bu 27. Według nie­któ­rych jed­nak swo­ją sła­wę zawdzię­cza też … Dia­błu, z któ­rym podob­no – niczym Faust – zawarł pakt. Zna­na jest opo­wieść, że John­son pew­nej nocy poczuł nie­od­par­tą chęć spa­ce­ro­wa­nia z gita­rą nie­opo­dal swo­je­go domu. Pod­czas prze­chadz­ki spo­tkał dziw­ne­go męż­czy­znę, któ­ry nastro­ił jego gita­rę i zanim ją zwró­cił, zagrał na niej kil­ka pio­se­nek. John­son był prze­ko­na­ny, że owym męż­czy­zną był Dia­beł i wraz z instru­men­tem prze­ka­zał mu nie­zwy­kłe umie­jęt­no­ści. To mia­ło wpły­nąć na roz­wój karie­ry muzy­ka, by w koń­cu dopro­wa­dzić do jego nagłej śmier­ci. Stąd pew­nie prze­ko­na­nie o klą­twie, któ­ra obję­ła i pozo­sta­łych człon­ków Klu­bu 27. Praw­dą jest jed­nak to, że Robert John­son miał wie­lu wro­gów. Nie było więc zasko­cze­niem, kie­dy został otru­ty strach­ni­ną.

tumblr_ksbrohhdss1qa1vdfo1_500

Rów­nie tajem­ni­czym arty­stą jest Richie Edwards, zało­ży­ciel gru­py Manic Stre­et Pre­achers. Bory­ka­ją­cy się z depre­sją i skłon­no­ścią do samo­oka­le­czeń (m.in. gasił na sobie papie­ro­sy), mówił: „ W pew­nym momen­cie docho­dzisz do punk­tu, w któ­rym prze­sta­jesz się kon­tro­lo­wać – nie możesz wstać z łóż­ka czy zro­bić sobie kawy, bo jesteś zbyt sła­by by cho­dzić”. W tym Edwards jest podob­ny do Coba­ina czy Mor­ri­so­na, bo jak oni szu­kał uciecz­ki od rze­czy­wi­sto­ści w alko­ho­lu i nar­ko­ty­kach. Róż­ni go jed­nak to, że któ­re­goś dnia po pro­stu znik­nął. Widzia­no go w kil­ku miej­scach – trop urwał się po 16 dniach, kie­dy stwier­dzo­no, że popeł­nił samo­bój­stwo ska­cząc z mostu. Wie­lu przy­ja­ciół nie uwie­rzy­ło w to zakli­na­jąc się, że Richie nie był typem czło­wie­ka, któ­ry mógł­by to zro­bić.  Poli­cja szu­ka­ła więc dalej, choć według nie­któ­rych, w nie­zbyt zado­wa­la­ją­cy spo­sób. W 2008 roku, po 13 latach od zagi­nię­cia, Edward­sa uzna­no za zmar­łe­go.

Do klu­bu dołą­cza­li więc i ci, któ­rzy nie­ko­niecz­nie cier­pie­li z powo­du bólu ist­nie­nia. Śmierć w wie­ku 27 lat powo­do­wa­ły też: wypa­dek samo­cho­do­wy, nie­wy­dol­ność nerek, zacza­dze­nie, śpiącz­ka i pora­że­nie prą­dem.

Eric Segal­stad, autor książ­ki „The 27s”, do powyż­szych doda­je tak­że chci­wość pro­du­cen­tów, któ­ra zmu­sza arty­stów do cią­głe­go ulep­sza­nia się, bycia na świecz­ni­ku, co w rezul­ta­cie pro­wa­dzi do fru­stra­cji i depre­sji, któ­ra ich zabi­ja. Pisarz stwier­dza też, że w jakimś stop­niu przy­czy­nia­ją się do tego … fani. Cytu­je Janis Joplin: „Bez wzglę­du na to, czy ludzie wie­dzą to czy nie, lubią cier­pie­nie swo­ich ido­li” i sam doda­je: „ Potrze­bu­je­my ich do tego, by byli dla nas, by czu­li to, co my, by byli tacy, jacy sami chcie­li­by­śmy być, ale nie może­my”. Z dru­giej stro­ny jed­nak Segal­stad nie uwa­ża, że sło­wa te, jak i sama książ­ka, są po to, by wpę­dzać kogoś w depre­sję, ale by uczcić życie i  doko­na­nia ludzi, któ­rzy ode­szli.

Klub 27 może być więc zarów­no rezul­ta­tem klą­twy, zbie­gu oko­licz­no­ści, jak i czę­ścią legen­dy rock’and’rolla – wszyst­kim, co wyda­je się wytłu­ma­cze­niem dla śmier­ci wybit­nych jed­no­stek. Jed­no jest pew­ne: daje nie­śmier­tel­ność. Tyl­ko czy napraw­dę jest tego war­ta?

For Vers-24, War­saw

_____

POLECAJCIE:




Komentarze

komen­ta­rzy