Wywiady

Urodziłam się, by tańczyć. Małgorzata Szulc.

Wywiad z Małgorzatą Szulc – tancerką i licencjonowanym instruktorem tańca disco dance, jazz dance, modern. Choreograf i sędzia międzynarodowy International Dance Organization. Współwłaścicielka studia Tańca Born2Dance, która jak sama nazwa wskazuje, urodziła się, by tańczyć i swoje powołanie realizuje u boku partnera życiowego Mariusza Mikołajka. Na sali tanecznej Gosia jest wulkanem energii i źródłem inspiracji, bo jak twierdzi, dobry trener to nie tylko mentor, psycholog, ale również wzór godny naśladowania dla swoich podopiecznych.

Małgorzata Szulc

I część

Mój poran­ny rytu­ał:

Każ­dy mój pora­nek wyglą­da podob­nie. Róż­ni sie tyl­ko tym, do któ­rej jest mi dane pospać. To, że obu­dzi­my się z mężem, nie sły­sząc dzie­ci jest tak praw­do­po­dob­ne, jak tra­fie­nie szóst­ki w toto­lot­ka. Z regu­ły spra­wa ma się nastę­pu­ją­co… Do naszej sypial­ni wbie­ga dwóch roz­pę­dzo­nych urwi­sów, któ­rzy codzien­nie mają inny plan na łagod­ną pobud­kę dla nas czy to w posta­ci ska­ka­nia po łóż­ku, czy też wysy­pa­nia całej kolek­cji reso­ra­ków na naszą pod­ło­gę. W grę wcho­dzi rów­nież kon­cert na gita­rze czy oczy­wi­ście zupeł­nie przy­pad­ko­we uru­cho­mie­nie budzi­ka, masa­że wszel­kiej maści, któ­re mają spra­wić nam radość, o ile wcze­śniej nas nie uszko­dzą. Do tego dużo cało­wa­nia, przy­tu­la­nia i gła­ska­nia koniecz­nie w towa­rzy­stwie kana­łu z baj­ka­mi. Potem mycie, ubie­ra­nie, cze­sa­nie chło­pa­ków, kil­ka drob­nych sprze­czek po dro­dze i po godzi­nie cała eki­pa powol­nie sta­cza się do salo­nu w celu spo­ży­cia wspól­ne­go posił­ku. Praw­dę mówiąc, mało w tym wszyst­kim cza­su dla mnie. Bły­ska­wicz­na toa­le­ta, szyb­kie zwią­za­nie wło­sów, na resz­tę przyj­dzie czas póź­niej. Kocham ten arty­stycz­ny nie­ład, te wariac­kie poran­ki, wspól­ne chwi­le.

Na pla­ży czu­ję się:

Wol­na, nie­ogra­ni­czo­na i spo­koj­na, szcze­gól­nie wte­dy, gdy wie­czo­rem spa­ce­ru­ję brze­giem morza w towa­rzy­stwie uko­cha­nej oso­by. Sły­szę szum morza i łopot pta­sich skrzy­deł, a słoń­ce błysz­czy w bez­mia­rze wód. Wiatr roz­wie­wa wło­sy i czu­jesz się tak nie­zmier­nie szczę­śli­wa, że nie potrze­ba słów. Marzysz wte­dy, aby czas zatrzy­mał się w miej­scu. Tyl­ko MY i pięk­no przy­ro­dy, total­ny reset i odprę­że­nie. Wypo­wiedź nie była­by god­na artyst­ki, gdy­by nie mia­ła dru­gie­go dna. Tak więc star­czy tych roman­tycz­nych unie­sień. Uwiel­biam rów­nież pole­żeć na słoń­cu w towa­rzy­stwie moich chło­pa­ków. Lubię ota­czać się ludź­mi, dla­te­go wśród tłu­mu pla­żo­wi­czów czu­ję sie ener­ge­tycz­nie, a wod­ne i pia­sko­we zaba­wy z dzie­cia­ka­mi dostar­cza­ją mi dużo rado­ści i ładu­ją aku­mu­la­to­ry na cały rok. Kie­dyś uwiel­bia­łam para­do­wać w kostiu­mie kąpie­lo­wym po pla­ży, czu­łam się w jak ryba w wodzie. Wiesz… tan­cer­ka… wyspor­to­wa­ne cia­ło, a potem minę­ło kil­ka lat, przy­szła na świat dwój­ka dzie­ci i już nie czu­jesz się tak pew­nie, a i cia­ło nie to, co 10 lat wcze­śniej. Taka kolej rze­czy. Waż­ne, że akcep­tu­jesz sie­bie, masz dwóch naj­faj­niej­szych synów na świe­cie, a Two­ja dru­ga połów­ka patrzy na Cie­bie tak samo, jak za pierw­szym razem, gdy się pozna­li­ście i dalej jesteś jego Księż­nicz­ką 😉

Małgorzata Szulc

Naj­pięk­niej­sza pamiąt­ka jaką przy­wio­złam z podró­ży:

Nie ma takiej… Z każ­dej podró­ży, czy to w kra­ju czy zagra­ni­cą, przy­wo­żę zawsze peł­no upo­min­ków dla całej rodzi­ny. Nawet dwu­dnio­wy wypad na mecz Pol­ska-Niem­cy pod­czas Euro 2016 musi skoń­czyć się zaku­pa­mi w stre­fie wol­no­cło­wej… Tak… Wiem, to nie jest nor­mal­ne, ale co pora­dzić, że ja tak kocham robić pre­zen­ty. Mogą być małe, sym­bo­licz­ne, ale zawsze są tra­fio­ne i spra­wia­ją radość (albo przy­naj­mniej nie chcą spra­wiać mi przy­kro­ści). Mama lubi dobre książ­ki i przy każ­dej oka­zji sta­ram się jej jakąś zaapli­ko­wać. Per­fu­my i biżu­te­ria zawsze jej się podo­ba­ją. Cóż, chy­ba mamy podob­ny gust. Tata nigdy nic nie potrze­bu­je. Pomi­mo to, został wypo­sa­żo­ny w pamiąt­ko­we kufle, swoj­skie nalew­ki, a nawet góral­skie kap­cie! Wiem… To tyl­ko kil­ka przy­kła­dów, jak obda­ro­wu­ję bli­skich. Nie zawsze mie­li ze mną łatwo, ale w koń­cu chy­ba uda­łam im się nie naj­go­rzej. Pro­wa­dzę swo­ją fir­mę, jestem nie­za­leż­na.

Lubię prze­by­wać w miej­scu:

Naj­bar­dziej lubię prze­by­wać we wła­snym domu. Czu­ję się w nim bez­piecz­nie i swo­bod­nie. Dom jest poło­żo­ny poza mia­stem, z dala od zgieł­ku w sąsiedz­twie rezer­wa­tu i pięk­ne­go jezio­ra. Kupi­li­śmy go z Mariu­szem, gdy byłam w pierw­szej cią­ży. Chcie­li­śmy, aby był miej­scem gdzie on i ja odnaj­dzie­my spo­kój, i har­mo­nię po poprzed­nich związ­kach. Pra­gnę­li­śmy zacząć nowy etap, dla­te­go z nale­ży­tą dba­ło­ścią roz­wa­ża­li­śmy każ­dy szcze­gół, począw­szy od kolo­ru far­by, a skoń­czyw­szy na naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach. Minę­ło kil­ka lat, poja­wia­ły się dzie­ci, któ­re wnio­sły do nasze­go gniazd­ka arty­stycz­ny, acz­kol­wiek słod­ki nie­ład. Dom też nosi na sobie pięt­no cza­su i wyma­ga odświe­że­nia, ale to dalej nasz port, do któ­re­go i ja, i Mariusz chęt­nie wra­ca­my gdzie­kol­wiek byśmy nie byli.

Wia­ry doda­je mi fakt, że:

Po każ­dej burzy, zawsze przy­cho­dzi słoń­ce”. To sta­ła zasa­da, któ­ra spraw­dza się przy­naj­mniej w moim przy­pad­ku. Każ­dy ma gor­sze i lep­sze momen­ty w swo­im życiu, ale per­spek­ty­wa lep­sze­go jutra powo­du­je, że wie­le moż­na prze­trwać, prze­cze­kać. Waż­ne, że ma się dla kogo żyć. Nie ukry­wam, że wia­ry doda­je mi rów­nież to, iż sami kie­ru­je­my swo­im losem. Jeśli się cze­goś bar­dzo chce, to nie ma rze­czy nie­moż­li­wych. Szcze­gól­nie jeśli towa­rzy­szy Ci kocha­ją­ca oso­ba u boku. Daw­no temu, kie­dy wszyst­ko wali­ło się na gło­wę i nie wia­do­mo było co przy­nie­sie jutro, mój uko­cha­ny powie­dział do mnie „Weź kart­kę i wypisz sobie wszyst­ko, co chcia­ła­byś mieć, cze­go chcia­ła­byś doko­nać i razem zadba­my, by to wszyst­ko się speł­ni­ło. Wiesz co? Dom, dwój­ka dzie­ci, wła­sne stu­dio… nie będę dalej zdra­dzać… WIARY doda­je mi fakt, że gdzieś jest ktoś, kto patrzy w tym samym kie­run­ku, trze­ba się tyl­ko wza­jem­nie namie­rzyć 😉

Prze­bo­jo­wość i tem­pe­ra­ment czy sub­tel­ność i ele­gan­cja?

Trud­ne pyta­nie. To chy­ba kwe­stia wie­ku, prze­ży­tych przy­gód, naby­tych doświad­czeń, pew­no­ści sie­bie wynie­sio­nej z domu. Kie­dyś zde­cy­do­wa­nie prze­bo­jo­wość i tem­pe­ra­ment. Zawsze byłam duszą towa­rzy­stwa, ini­cja­to­rem wszel­kich imprez i przed­się­wzięć. Zgło­sić się do kon­kur­su? Super! Powiedz­cie mi tyl­ko do jakie­go, żebym mogła się przy­go­to­wać. Popro­wa­dzić aka­de­mie szkol­ną? Jaki pro­blem? Odśpie­wać arię w szkol­nym kaba­re­cie na oczach całej szko­ły? „Mówisz i masz”. Nie trze­ba było mnie dłu­go pro­sić nawet o to, żeby zemdleć na zawo­ła­nie pod­czas zie­lo­nej szko­ły, by odwró­cić uwa­gę nauczy­ciel­ki. Śpie­wa­nie, gra­nie, anga­żo­wa­nie się we wszel­kie akcje nale­ża­ły jak naj­bar­dziej do moje­go porząd­ku dnia codzien­ne­go. Tre­ma? Co to zna­czy? Do tego zawsze wzo­ro­we zacho­wa­nie i śred­nia gru­bo ponad 5. Potem minę­ło wie­le lat suk­ce­sów i pora­żek, pozy­tyw­nych i nega­tyw­nych doświad­czeń, ot… doro­słe życie i moje “mło­dzień­cze zwa­rio­wa­nie” tro­chę się wyci­szy­ło. Teraz bar­dziej pasu­ję do okre­śle­nia sub­tel­ność i ele­gan­cja. Prze­sta­łam być aż tak otwar­ta i bez­po­śred­nia. Wyci­szy­łam się, zdy­stan­so­wa­łam, wzię­łam popraw­kę na nie­któ­rych zna­jo­mych, i co naj­waż­niej­sze zosta­łam podwój­ną mamą, a to zobo­wią­zu­je. Pew­nych rze­czy mi nie wypa­da. Cho­ciaż, nie powiem, że bra­ku­je mi tem­pe­ra­men­tu. Odpo­wied­ni czas, miej­sce i towa­rzy­stwo powo­du­ją, że sza­leń­stwo wra­ca. Tego się nie zapo­mi­na!

3 must have w mojej sza­fie:

Numer jeden to zde­cy­do­wa­nie jean­sy. Pew­nie jestem mało ory­gi­nal­na, ale mam ich mnó­stwo w róż­nych odcie­niach. Są wygod­ne i ponad­cza­so­we. Kie­dy bie­gasz mię­dzy domem, a salą tanecz­ną to zde­cy­do­wa­nie naj­lep­sze roz­wią­za­nie. W kom­ple­cie z czar­ną dopa­so­wa­ną bluz­ką? Tak zde­cy­do­wa­nie czu­ję się naj­le­piej. Numer dwa to potocz­nie zwa­na „mała czar­na” kla­sy­ka gatun­ku, któ­ra zawsze poma­ga mi kie­dy twier­dzę , że nie mam co zało­żyć i we wszyst­kim wyglą­dam źle. Kie­dy jestem w lep­szym nastro­ju i patrzę na sie­bie mniej kry­tycz­nie, chęt­nie zamie­niam ją na „małą kolo­ro­wą”, ale są dni, gdzie toczę woj­nę z lustrem i wygry­wa czar­na. W niej wszyst­ko wyda­je się być na miej­scu. Numer trzy to szpil­ki w róż­nych kolo­rach. Pasu­ją do dłu­gich gar­ni­tu­ro­wych spodni, któ­re rów­nie moc­no wpi­su­ją się w moją gar­de­ro­bę. Jestem Kra­jo­wym Sędzią Pol­skiej Fede­ra­cji Tań­ca i Mię­dzy­na­ro­do­wym World Arti­stic Dan­ce Fede­ra­tion, co zobo­wią­zu­je mnie do ele­ganc­kie­go i schlud­ne­go wyglą­du.

Kolor sym­bo­li­zu­ją­cy pew­ność sie­bie:

Oczy­wi­ście, że czer­wo­ny. Myślę, że poprze mnie 99% Pań. Wystar­czy przyj­rzeć się, ile kobiet malu­je usta na czer­wo­no, zakła­da czer­wo­ne szpil­ki, nosi czer­wo­ne toreb­ki, kocha czer­wo­ne róże, marzy by przejść się po czer­wo­nym dywa­nie, któ­ry jest zare­zer­wo­wa­ny dla wyjąt­ko­wych kobiet. Sama bym chcia­ła… Nawet zachód słoń­ca w kolo­rze czer­wo­nym ozna­cza, że następ­ne­go dnia będzie pięk­ny, upal­ny dzień. Nie ma bar­dziej ogni­ste­go kolo­ru niż czer­wo­ny! To w koń­cu kolor miło­ści i pożą­da­nia. Już mały czer­wo­ny akcent spra­wia, że my kobie­ty sta­je­my się pew­ne sie­bie i odważ­ne.

Na bez­lud­ną wyspę spa­ko­wa­ła­bym:

Mam nadzie­ję, że to tyl­ko teo­ria. Chy­ba umar­ła­bym z samot­no­ści na takiej wyspie, prę­dzej z samot­no­ści niż z gło­du. Z racji zawo­du i nad­mier­nej ilo­ści uczuć jestem zwie­rzę­ciem stad­nym i rodzin­nym. Musia­ła­bym spa­ko­wać tele­fon komór­ko­wy z wiecz­nie nała­do­wa­ną bate­rią, żeby być w łącz­no­ści z naj­bliż­szy­mi. Nie potra­fię sobie nawet wyobra­zić takiej wyciecz­ki. Nie waż­ne jak była­by pięk­na, sło­necz­na, dzi­ka… to nie dla mnie. Daj­cie cho­ciaż jakieś ple­mię w pre­zen­cie. Zawsze moż­na ich pouczyć tań­ca, a potem roze­grać małe zawo­dy. Tak… Ta per­spek­ty­wa podo­ba mi się zde­cy­do­wa­nie bar­dziej. Tur­niej disco na bez­lud­nej wyspie. Roz­ma­rzy­łam się…

Jakie tanecz­ne fil­my uwiel­biasz:

Wszyst­kie! Kocham taniec, kocham na nie­go patrzeć, doświad­czać, sma­ko­wać. Nie ukry­wam, że naj­bar­dziej podo­ba mi się w czy­stej posta­ci, na sali tanecz­nej, gdzie widać jak wie­le pra­cy, wysił­ku i zaan­ga­żo­wa­nia, a cza­sem bólu i zmę­cze­nia kosz­tu­je. Nie mniej jed­nak z przy­jem­no­ścią oglą­da się taniec „ubra­ny” w fil­mo­wą histo­rię, dopiesz­czo­ny świa­tła­mi, uroz­ma­ico­ny efek­ta­mi, cza­sem nawet lek­ko prze­ry­so­wa­ny. Gama tanecz­nych fil­mów jest duża i na pew­no każ­dy, czy to laik czy pro­fe­sjo­na­li­sta znaj­dzie coś dla sie­bie. Kul­to­wy “Dir­ty Dan­cing” ze zna­ko­mi­tym Patric­kiem Sway­ze albo „Gorącz­ka Sobot­niej Nocy” z sza­lo­nym Joh­nem Tra­vol­tą, kró­lem disco lat 70., to zde­cy­do­wa­nie ponad­cza­so­wy hit dla każ­de­go. Wiel­kie pro­duk­cje dla fanów sub­kul­tu­ry ulicz­nej tj. “You got served” czy “Step Up” w kil­ku odsło­nach sta­no­wią inspi­ra­cję dla wie­lu tan­ce­rzy hipho­po­wych. W koń­cu fil­my dla kone­se­rów sztu­ki tanecz­nej np.: „Czar­ny Łabędź” z Nata­lie Port­man w roli głów­nej, opo­wia­da­ją­cy o balet­ni­cy dążą­cej do per­fek­cji i rywa­li­za­cji w jed­nym z naj­lep­szych zespo­łów bale­to­wych czy w koń­cu „Pina”, film o twór­czo­ści nie­miec­kiej pre­kur­sor­ki tań­ca współ­cze­sne­go Piny Bausch. Nie spo­sób wymie­niać wię­cej. Mogę tyl­ko zapro­sić do oglą­da­nia, bo war­to.

Małgorzata Szulc

Mot­to życio­we, któ­re mi przy­świe­ca:

Im mniej ludzie wie­dzą o Two­im życiu, tym lepiej się ono ukła­da. Nauczy­łam się tego z cza­sem. Kie­dyś świę­cie wie­rzy­łam w to, że opo­wia­da­jąc ludziom o swo­ich pry­wat­nych i zawo­do­wych spra­wach, robię dobrze, że otwie­ram się przed nimi, że cie­szy ich to, że sobie radzę, że coś mi się uda­ło, że odnio­słam mały czy więk­szy suk­ces. Chcia­łam się dzie­lić z nimi szczę­śli­wy­mi momen­ta­mi w moim życiu, ale w więk­szo­ści przy­pad­ków spo­tka­ło się to z odwrot­ną reak­cją. Gdy­bym zechcia­ła opo­wie­dzieć o tych trud­nych momen­tach, gdzie wszyt­ko idzie pod górę i nic nie wycho­dzi, pew­nie zyska­ła­bym więk­szą rze­szę odbior­ców i pocie­szy­cie­li. Dziw­ne praw­da? Tak wła­śnie jest… Nie moż­na oczy­wi­ście mie­rzyć wszyst­kich tą samą mia­rą. Są ludzie w moim życiu na, któ­rych mogę pole­gać, ale to napraw­dę kame­ral­ne gro­no. Ota­czaj­my się tyl­ko tymi, któ­rzy patrzą na Nas bez­wa­run­ko­wo. Nie ilość, a jakość naszych przy­ja­ciół ma zna­cze­nie.

Szczę­ście defi­niu­je jako:

Sumę wszyst­kich pięk­nych wyda­rzeń i wspo­mnień w moim życiu, a było ich wie­le. To ulot­ne momen­ty, któ­re sta­ram się kolek­cjo­no­wać w mojej pamię­ci i co jakiś czas odświe­żać. Co nie zna­czy, że nie było też cięż­kich chwil, ale te wyma­za­łam z pamię­ci. Sta­ram się pamię­tać i pie­lę­gno­wać tyl­ko te szczę­śli­we momen­ty, tak żyje się łatwiej. Scho­dząc z chmur i patrząc przy­ziem­nie, (arty­stycz­ne dusze zawsze rozu­mu­ją dwu­to­ro­wo) naj­więk­sze szczę­ście to dla mnie zdro­wie i uśmiech moich bli­skich.

Małgorzata Szulc

II część

Jak roz­po­czę­ła się Two­ja przy­go­da z tań­cem?

Od zawsze byłam zafa­scy­no­wa­na spor­tem i ruchem. Cho­dzi­łam na wie­le zajęć dodat­ko­wych, któ­re kształ­to­wa­ły moje zdol­no­ści muzycz­ne i moto­rycz­ne. Dobrze się uczy­łam i mając dużo zajęć dodat­ko­wych typu angiel­ski, for­te­pian, śpiew, basen, siat­ków­ka itd., zabra­kło gdzieś tam cza­su wła­śnie na taniec. W koń­cu uda­ło mi się namó­wić rodzi­ców na moż­li­wość uczęsz­cza­nia na zaję­cia tanecz­ne do pro­fe­sjo­nal­ne­go stu­dia. Było to STUDIO DUET w Nowym Dwo­rze Mazo­wiec­kim. Zaję­cia odby­wa­ły się w szko­le pod­sta­wo­wej w for­mie kur­su tań­ca towa­rzy­skie­go. Instruk­tor pro­wa­dzą­cy szyb­ko zauwa­żył moje pre­dys­po­zy­cje i zaofe­ro­wał mi udział w pro­fe­sjo­nal­nej gru­pie tań­ca nowo­cze­sne­go. Tak wła­śnie zaczę­ła się moja arty­stycz­na dro­ga. Pro­gres postę­po­wał szyb­ko, co pozwo­li­ło mi roz­wi­nąć skrzy­dła i zdać sobie spra­wę z tego, że kocham prze­ka­zy­wać ruch poprzez taniec i że cięż­ko będzie mi się od tego uwol­nić.

W któ­rym momen­cie pasja do tań­ca prze­ro­dzi­ła się w zawód?

Kie­dy tań­czy­łam, skru­pu­lat­nie obser­wo­wa­łam instruk­to­rów i tre­ne­rów pro­wa­dzą­cych zaję­cia. Zauwa­ży­łam, że fascy­nu­je mnie bar­dziej spo­sób pro­wa­dze­nia przez nich zajęć i ukła­da­nie cho­re­ogra­fii niż sam mój taniec. W pew­nym momen­cie zda­łam sobie spra­wę, że to jest coś, co mnie inte­re­su­je i co mogło­by stać się moim spo­so­bem na życie oraz pra­cę. Nie ma prze­cież nic faj­niej­sze­go niż powią­zać swo­ją pasję z pra­cą. Tak wła­śnie się sta­ło. Pierw­sze gru­py, pierw­sze cho­re­ogra­fie, pierw­sze wyjaz­dy, dodat­ko­wo kształ­ce­nie się w Mazo­wiec­kim Cen­trum Kul­tu­ry i Sztu­ki w War­sza­wie na kie­run­ku taniec współ­cze­sny. Wszyst­ko toczy­ło się szyb­ko i dyna­micz­nie. Potem przy­szedł czas na warsz­ta­ty i szko­le­nia w innych szko­łach tań­ca w Pol­sce i zagra­ni­cą. Gdzieś tam ludzie dostrze­gli, że chy­ba cał­kiem nie­źle mi to wycho­dzi i zaczę­łam być roz­po­zna­wal­nym instruk­to­rem tań­ca nowo­cze­sne­go w kra­ju i zagra­ni­cą. Sta­ło się to nie­wąt­pli­wie dzię­ki mojej sile prze­bi­cia, ale jed­no­cze­śnie dzię­ki ludziom z krę­gu tanecz­ne­go, któ­rych spo­tka­łam na swo­jej dro­dze, za co im szcze­rze i gorą­co dzię­ku­ję. Piotr Patła­szyń­ski, Maria Zaj­dler, Robert Śli­żew­ski, Piotr Galiń­ski, Mile­na Jur­czyk, Witold Jure­wicz i przede wszyst­kim Mariusz Miko­ła­jek. To Wam z całe­go ser­ca dzię­ku­ję!

Małgorzata Szulc

Jak powsta­ło Stu­dio BORN2DANCE?

Stu­dio Born2Dance powsta­ło z miło­ści dwój­ki ludzi, któ­rych połą­czy­ły wspól­ne cele, wspól­ne marze­nia i wspól­na pasja do tań­ca. Kie­dy się zako­chasz, możesz wszyst­ko i masz nie­spo­ży­tą ener­gię do two­rze­nia cze­goś nowe­go. Świat tań­ca to taki mały show biz­nes i nie da się ukryć, że nasz zwią­zek oka­zał się w tanecz­nym świat­ku abso­lut­nym szo­kiem oraz powo­dem do nie­zli­czo­nych plo­tek. Zarów­no ja, jak i Mariusz byli­śmy już z kimś zwią­za­ni, pry­wat­nie i zawo­do­wo, jed­nak­że uczu­cie wzię­ło górę nad sta­bi­li­za­cją i dotych­cza­so­wym życiem. Posta­no­wi­li­śmy o sie­bie zawal­czyć i stwo­rzyć coś wspól­nie. Jak widać było war­to, bo mimo, że nikt w krę­gu tanecz­nym nie dawał nam szans to 11 rok jeste­śmy razem, a tan­ce­rze nasze­go Stu­dia pre­zen­tu­ją wyso­ki poziom tanecz­ny z powo­dze­niem star­tu­jąc w ogól­no­pol­skich i świa­to­wych tur­nie­jach tanecz­nych. Wszyst­kich, któ­rzy chcą dołą­czyć do naszej tanecz­nej rodzin­ki zapra­sza­my ser­decz­nie do Legio­no­wa i Toru­nia.

Dla­cze­go uczęsz­cza­nie na obo­zy tanecz­ne jest tak waż­ne dla tan­ce­rzy?

Przede wszyst­kim dla­te­go, że w trak­cie obo­zu tanecz­ne­go roz­wój tan­ce­rza przy­spie­sza w astro­no­micz­nym tem­pie. Nie­jed­no­krot­nie 10-dnio­we zgru­po­wa­nie let­nie rów­na się kil­ku mie­sią­com pra­cy na sali w trak­cie roku przy tre­nin­gach 2 razy w tygo­dniu. Obóz szko­le­nio­wy to nie tyl­ko popra­wa warsz­ta­tu każ­de­go tan­ce­rza, ale i czas na przy­go­to­wa­nie lub dopra­co­wa­nie poszcze­gól­nych cho­re­ogra­fii. Dla tan­ce­rzy począt­ku­ją­cych to oka­zja do awan­su do grup wyż­szych pozio­mem, a dla zaawan­so­wa­nych szan­sa na mak­sy­mal­ne doszko­le­nie swo­je­go warsz­ta­tu tanecz­ne­go oraz pozna­nie nowych form ruchu.

Tre­ner to odpo­wie­dzial­ny zawód, kształ­tu­ją­cy mło­de­go czło­wie­ka…

Tre­ner powi­nien przede wszyst­kim pre­zen­to­wać wyso­ki poziom wie­dzy tanecz­nej z zakre­su tań­ca, któ­re­go uczy. Musi cały czas dosko­na­lić swój warsz­tat, śle­dzić nowo­ści, być na bie­żą­co. Dobrze jest kie­dy aktyw­nie uczest­ni­czy w zaję­ciach, ma świa­do­mość wła­sne­go cia­ła, jest wzo­rem i auto­ry­te­tem dla uczniów. Ktoś powie… to chy­ba logicz­ne, że musi dobrze się ruszać, odpo­wied­nio się pre­zen­to­wać i mieć wie­dzę, żeby pro­wa­dzić zaję­cia. Otóż nie zawsze… Sły­sza­łam o róż­nych przy­pad­kach, od pro­wa­dzą­cych zaję­cia z krze­sła do pusz­cza­ją­cych nagra­nia video, z któ­rych tan­ce­rze mają sami nauczyć się kro­ków. Dla­te­go przed zapi­sa­niem dziec­ka do „szko­ły tań­ca” war­to spraw­dzić, jakie kwa­li­fi­ka­cje i jakie osią­gnię­cia poza lan­so­wa­niem się w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, ma na swo­im kon­cie dana pla­ców­ka. Wra­ca­jąc do oso­by tre­ne­ra… musi jed­no­cze­śnie być przy­ja­cie­lem, kum­plem, a nawet powier­ni­kiem trosk i pro­ble­mów. Na jed­ne­go trze­ba krzyk­nąć, zmo­ty­wo­wać, inne­go pokle­pać po ple­cach, pogła­skać jego ego, bo tan­cerz tre­nu­je dobrze i wydaj­nie dopie­ro wte­dy, kie­dy znaj­dziesz na nie­go spo­sób. Dobry tre­ner to zde­cy­do­wa­nie „jed­nost­ka wie­lo­funk­cyj­na”. To trud­na rola, a ja lubię odgry­wać trud­ne role 😉

Co bar­dziej har­tu­je i wzmac­nia tan­ce­rza: suk­ce­sy czy poraż­ki?

I to jest jed­no z trud­niej­szych pytań. W pierw­szej chwi­li powie­dzia­ła­bym, że suk­ce­sy. To one dają kopa, utwier­dza­ją tan­ce­rza w prze­ko­na­niu, że jest sens w tym co robi, że posu­wa się do przo­du, roz­wi­ja, roz­kwi­ta. Suk­ces to dowód , że cięż­ka pra­ca przy­nio­sła efek­ty. Garść meda­li i błysk pucha­rów prze­pięk­nie pre­zen­tu­je się w domo­wej kolek­cji, a tan­cerz sta­je się roz­po­zna­wal­ny, zauwa­żal­ny. Co tu dużo mówić jest Mistrzem i tyle. Nie­ste­ty to nie takie pro­ste… Zanim odnie­sie­my suk­ces po dro­dze z pew­no­ścią przy­tra­fią nam się i poraż­ki, któ­re umac­nia­ją, kształ­tu­ją i uczą poko­ry, dystan­su i regu­lu­ją odpo­wied­nio tem­po nasze­go roz­wo­ju. Waż­ne, żeby tan­cerz i jego men­tor, czy­li tre­ner wycią­gnę­li odpo­wied­nie wnio­ski, a wte­dy każ­da poraż­ka będzie umac­niać i dawać jesz­cze więk­szą moty­wa­cję w dro­dze do suk­ce­su. W pra­wi­dło­wym roz­wo­ju tanecz­nym potrzeb­ne są zarów­no suk­ce­sy, jak i poraż­ki, któ­re w ogól­nym, roz­ra­chun­ku się rów­no­wa­żą. Pasmo suk­ce­sów utwier­dza w prze­ko­na­niu, że umie się już wszyst­ko i jest się naj­lep­szym, a nie­ustan­ne poraż­ki potra­fią znie­chę­cić zanim na dobre roz­wi­nie się skrzy­dła. Wszyst­ko musi się rów­no­wa­żyć i to rolą tre­ne­ra jest umie­jęt­ne pokie­ro­wa­nie zawod­ni­kiem tak, aby mógł zasma­ko­wać i jed­ne­go, i dru­gie­go.

W jakim wie­ku naj­le­piej zacząć uczęsz­czać na zaję­cia?

Każ­dy przy­pa­dek jest indy­wi­du­al­ny, dla­te­go nie da się okre­ślić w sztyw­nych ramach, w jakim wie­ku nale­ży roz­po­cząć uczęsz­cza­nie na zaję­cia. Na pew­no im wcze­śniej, tym lepiej. Małe dzie­ci w wie­ku przed­szkol­nym to naj­lep­szy mate­riał. Są bar­dzo pla­stycz­ne, peł­ne ener­gii, otwar­te na kon­tak­ty z rówie­śni­ka­mi i oso­bą pro­wa­dzą­cą zaję­cia. Dużo łatwiej jest wyro­bić w nich odpo­wied­nie nawy­ki, ukształ­to­wać od pod­staw. Im póź­niej zaczy­na się przy­go­dę z tań­cem, tym pra­ca nad samym sobą jest bar­dziej mozol­na i wyma­ga­ją­ca, ale nie ma rze­czy nie­moż­li­wych. Ja sama z muzy­ką i ruchem mia­łam dużo stycz­no­ści w wie­ku dzie­cię­cym, ale zaję­cia w pro­fe­sjo­nal­nej szko­le tań­ca roz­po­czę­łam w wie­ku 14 lat, czy­li bar­dzo póź­no. Jak więc widać moż­na reali­zo­wać się w tań­cu nawet, jeśli przy­go­da roz­po­czy­na się póź­niej. Trze­ba tyl­ko z peł­ną świa­do­mo­ścią dążyć do celu.

Jakie cechy cha­rak­te­ru powi­nien posia­dać tan­cerz?

Duże zna­cze­nie ma pew­ność sie­bie, otwar­tość, upór w dąże­niu do celu. Musi być rów­nież pra­co­wi­ty i zdol­ny do poświę­ceń. Musi umieć poświę­cić się pasji bez resz­ty, dopie­ro wte­dy osią­gnie odpo­wied­nie efek­ty. Ogrom­ne zna­cze­nie ma rów­nież fakt, czy jest sys­te­ma­tycz­ny i obo­wiąz­ko­wy, gdyż rzu­tu­je to na podej­ście do tre­nin­gu i warun­ku­je tem­po postę­pów tanecz­nych. Łatwość nawią­zy­wa­nia kon­tak­tów z inny­mi tan­ce­rza­mi i kole­żeń­skie podej­ście zde­cy­do­wa­nie uła­twia wspól­ną pra­cę w gru­pie tanecz­nej oraz daje lep­sze efek­ty roz­wo­ju. Oczy­wi­ście mało jest przy­pad­ków speł­nia­ją­cych wszyst­kie kry­te­ria, ale zda­rza­ją się. To wła­śnie tacy tan­ce­rze z regu­ły zdo­by­wa­ją naj­wyż­sze lau­ry. Cha­rak­ter tan­ce­rza jest zde­cy­do­wa­nie waż­niej­szy niż sam talent.

Jakie czyn­ni­ki wpły­wa­ją na noty jury?

Myślę , że nota koń­co­wa to wypad­ko­wa wie­lu czyn­ni­ków, szcze­gól­nie w przy­pad­ku bar­dzo zaawan­so­wa­nych tan­ce­rzy o wyso­kim pozio­mie tanecz­nym. Każ­dy sędzia roz­wa­ża wie­le aspek­tów zanim podej­mie osta­tecz­ną decy­zję. Ist­nie­ją roz­ma­ite sys­te­my sędziow­skie, któ­re róż­nią się nie­znacz­nie, acz­kol­wiek w więk­szo­ści bazu­ją na oce­nie w trzech aspek­tach. Komi­sja sędziow­ska czy to w przy­pad­ku soli­stów, duetów, grup czy też for­ma­cji oce­nia zawsze: tech­ni­kę pre­zen­ta­cji, cho­re­ogra­fię i kom­po­zy­cję, któ­ra wyko­nu­ję pod­miot oraz sze­ro­ko poję­ty wyraz arty­stycz­ny potocz­nie okre­śla­ny jako „ima­ge” . Powo­du­je to, że nota jest zło­żo­na i daje moż­li­wie naj­spra­wie­dliw­szy wynik. Jeśli dodat­ko­wo weź­mie­my pod uwa­gę, że jako tan­cerz jeste­śmy oce­nia­ni z regu­ły przez 7‑osobową komi­sję sędziow­ską, nasz wynik jako zawod­ni­ka wyda­je się być napraw­dę zło­żo­nym pro­ce­sem. Tym bar­dziej cie­szy zwy­cię­stwo pod­czas zawo­dów, kie­dy ktoś oce­nia naszą pre­zen­ta­cję na pod­sta­wie porów­na­nia z inny­mi rywa­la­mi. Każ­dy kto cho­ciaż raz zasma­ko­wał bycie Mistrzem, wie o czym mówię.

Małgorzata Szulc

Czy w uzy­ska­niu tytu­łu Mistrza decy­du­ją­ce zna­cze­nie ma umie­jęt­ność współ­pra­cy tan­ce­rza z gru­pą czy tez jego indy­wi­du­alizm i pew­ność sie­bie?

Zde­cy­do­wa­nie jed­no i dru­gie. Nie ma nic lep­sze­go niż połą­cze­nie tych dwóch cech, jeśli mówi­my o gru­pie tanecz­nej. Indy­wi­du­alizm i pew­ność sie­bie nie wyklu­cza współ­pra­cy z gru­pą. Gru­pa z kolei potrze­bu­je lide­ra, któ­ry pocią­gnie ją do zwy­cię­stwa, zagrze­je do wal­ki i wzmoc­ni wize­ru­nek sce­nicz­ny. W każ­dej gru­pie po pew­nym cza­sie funk­cjo­no­wa­nia kształ­tu­je się lider i nie doty­czy to tyl­ko grup tanecz­nych, ale roz­ma­itych dru­żyn spor­to­wych i zespo­łów arty­stycz­nych. Jeśli cho­dzi o soli­stów to indy­wi­du­alizm i pew­ność sie­bie sta­no­wi pod­sta­wę do jakie­go­kol­wiek wyni­ku powy­żej prze­cięt­nej.

Czy tan­cerz powi­nien być ela­stycz­ny i czuć się jak ryba w wodzie czy opa­no­wać jeden styl do per­fek­cji?

Myślę, że jeśli tan­cerz edu­ku­je się wie­le lat w jed­nej tech­ni­ce i robi to na pozio­mie pod okiem doświad­czo­nych ludzi, na pew­no pora­dzi sobie i w innych sty­lach. To tyl­ko kwe­stia prze­sta­wie­nia się na coś nowe­go, inne­go, nie­zna­ne­go. Wie­lo­let­nie doświad­cze­nie tanecz­ne pozwa­la szyb­ko i płyn­nie pora­dzić sobie w innej tech­ni­ce . Oczy­wi­ście nie nale­ży zapo­mi­nać o pre­dys­po­zy­cjach fizycz­nych, czy­li o budo­wie. Przy­kła­dem może być kla­sy­ka, gdzie potrzeb­na jest odpo­wied­nia budo­wa, waga i wzrost tan­cer­ki, aby spro­stać wyma­ga­niom na deskach teatru. Dla­te­go też w nie­któ­rych przy­pad­kach nie wystar­czą chę­ci i cięż­ka pra­ca. Potrzeb­na są odpo­wied­nie warun­ki fizycz­ne.

Czy na sce­nie moż­na odna­leźć miłość i czy w ogó­le tam powin­no się jej szu­kać?

Oczy­wi­ście, że tak. Nie tyl­ko na sce­nie, ale i na sali tre­nin­go­wej. My jako tan­ce­rze i instruk­to­rzy pro­wa­dząc zaję­cia, przy­go­to­wu­jąc cho­re­ogra­fie, sędziu­jąc jeste­śmy cią­gle wysta­wie­ni na pra­cę z cia­łem. Dla­te­go oso­by z krę­gu tanecz­ne­go naj­czę­ściej szu­ka­ją podob­nych dusz. Nie wyobra­żam sobie być z kimś nie zwią­za­nym z tań­cem, z ruchem, z kimś, kto nie rozu­mie mojej pasji. Mój mąż Mariusz jest świet­nym cho­re­ogra­fem i tre­ne­rem tań­ca. Przez wie­le lat był dla mnie przy­kła­dem i auto­ry­te­tem. Ba… nadal jest, cho­ciaż pew­nie teraz się uśmie­cha, czy­ta­jąc te sło­wa, bo jak razem wcho­dzi­my na salę to zawsze się spie­ra­my i prze­krzy­ku­je­my, ale to nor­mal­ne w star­ciu dwóch arty­stycz­nych dusz. Poświę­ci­li­śmy bar­dzo wie­le, żeby być razem, może dla­te­go sta­no­wi­my tak zgra­ny duet. Kocham go bar­dzo i nie zamie­ni­ła­bym na egzem­plarz z innej bran­ży. Miłość i taniec? Tak to zde­cy­do­wa­nie idzie w parze. Trze­ba tyl­ko zatań­czyć w tym samym ryt­mie i w tym samym kie­run­ku.

Mał­go­siu, jaka napraw­dę jesteś?

Napraw­dę jaka jesteś nie wie nikt”. Te pięk­ne sło­wa ide­al­nie obra­zu­ją moją oso­bę. Jestem bar­dzo zło­żo­na. Na pierw­szy rzut oka, prze­bo­jo­wa, uśmiech­nię­ta, ener­gicz­na. Jak twier­dzą nie­któ­rzy zawsze sobie pora­dzę. Szyb­ko dzia­łam, szcze­gól­nie w pod­bram­ko­wych sytu­acjach. Nie ma dla mnie rze­czy nie­moż­li­wych. Jeśli się zagłę­bić, jestem zde­cy­do­wa­nie bar­dziej zło­żo­nym przy­pad­kiem. Bar­dzo prze­ży­wam wszel­kie nie­po­wo­dze­nia, odcho­ro­wu­ję stre­sy, zbie­ram i kolek­cjo­nu­ję w ser­cu przy­kre chwi­le. Jestem nie­zmier­nie wraż­li­wa, uczu­cio­wa. Dener­wu­ję się, kie­dy coś nie idzie po mojej myśli. Wszyst­ko roz­kła­dam na czyn­ni­ki pierw­sze, ana­li­zu­ję. Jed­nak­że tą moją stro­nę zna­ją tyl­ko naj­bliż­si, a nie­jed­no­krot­nie i oni nie wie­dzą wszyst­kie­go. Ozna­cza to, że chy­ba mam zdol­no­ści aktor­skie. Może minę­łam się z powo­ła­niem? 😉

BARDZO DZIĘKUJEMY KAWIARNI MOMU ZA MOŻLIWOŚĆ ZROBIENIA PIĘKNYCH ZDJĘĆ.

Roz­ma­wiała: Ilo­na Jawor­ska
Zdję­cia: Ola Kowal­ska

Komentarze

komen­ta­rzy