No need to fly – Just imagine

Kreatywna grupa KIWI chce pokazać, że różnice mogą być inspirujące, sprawić, by dzieci nie bały się innych kultur. Dla Vers-24 założycielki opowiedziały o swoich pasjach, projektach i planach na przyszłość.

Tekst: Iga Litwiń­czuk
Zdję­cia: mate­ria­ły pra­so­we

justa_gosia_kiwi

1.Gdzie naro­dził się pomysł KIWI?
Justy­na Kuklo: Pomysł był Gosi, przy­szła z nim do nas, czy­li do mnie i do Agniesz­ki Gajew­skiej,  pro­po­nu­jąc, żeby zro­bić coś razem, co doty­czy desi­gnu i sztu­ki współ­cze­snej. Na pierw­szy ogień wzię­ły­śmy warsz­ta­ty dla dzie­ci, ponie­waż mia­łam w tym doświad­cze­nie, poza tym pra­ca z dzie­cia­ka­mi jest zawsze bar­dzo kre­atyw­na.

Mał­go­rza­ta Mar­mu­ro­wicz: To praw­da. Poja­wi­łam się z pomy­słem plat­for­my KIWI u dziew­czyn. Jak to czę­sto bywa, wraz z naro­dzi­na­mi dziec­ka uru­cha­mia­ją się jakieś dodat­ko­we pokła­dy siły i chęć stwo­rze­nia cze­goś nowe­go. Znam wie­le mam, któ­re po poro­dzie porzu­ci­ły kor­po­ra­cje i zało­ży­ły wła­sne fir­my. Dziś two­rzą świet­ne zna­ne mar­ki w Pol­sce i za gra­ni­cą. Tak było i u mnie, uro­dził się Fra­nek, i pomy­śla­łam: no Rita, czas stwo­rzyć coś nowe­go, coś kre­atyw­ne­go, coś co da poczu­cie speł­nie­nia tak­że zawo­do­we­go, znasz Justę i Agę, zrób­cie coś razem.

2. Nazwa KIWI odno­si się do pta­ka, nie do owo­cu. Skąd pomysł na nazwę?
J.K.: Oj, szu­ka­ły­śmy nazwy mię­dzy­na­ro­do­wej, śmiesz­nej, pozy­tyw­nej i zro­zu­mia­łej w każ­dym języ­ku. Zaan­ga­żo­wa­ły­śmy w te poszu­ki­wa­nia tak­że naszych przy­ja­ciół tutaj. Ponie­waż coś, co nam mogło się wyda­wać świet­nie brzmią­ce i wpa­da­ją­ce w ucho, Bel­go­wi, Niem­co­wi czy Angli­ko­wi nie­ko­niecz­nie. Na nich spraw­dza­ły­śmy nasze pomy­sły.  W koń­cu poja­wi­ło się KIWI, a że ptak to bar­dzo spe­cy­ficz­ny, bo uro­czy nie­lot, posta­no­wi­ły­śmy go poru­szyć siłą wyobraź­ni, stąd KIWI – no need to fly, just ima­gi­ne.

3. Mówi­cie, że wszyst­kie kocha­cie Gdańsk i Bruk­se­lę. A gdzie spo­tka­ły­ście się po raz pierw­szy?
J.K.: Ja pozna­łam Agniesz­kę w Gdań­sku na stu­diach na ASP na wydzia­le malar­stwa. Były­śmy na jed­nym roku i od razu się polu­bi­ły­śmy, potem były­śmy tez w jed­nej pra­cow­ni malar­stwa u prof. Świe­szew­skie­go. Gosię pozna­ły­śmy już w Bruk­se­li. Spo­tka­ły­śmy się na szko­le­niu doty­czą­cym pisa­nia umów dla arty­stów w Bruk­se­li w Smar­cie, orga­ni­za­cji sku­pia­ją­cej ludzi wol­nych zawo­dów, no i od razu coś zagra­ło i się bar­dzo polu­bi­ły­śmy.

M.M.: Zde­cy­do­wa­nie były­śmy sobie pisa­ne (śmiech). Cóż, ja Gdań­ska nie znam tak dobrze jak dziew­czy­ny, ponie­waż stu­dio­wa­łam w Pozna­niu, a uro­dzi­łam się w Biel­sku-Bia­łej, ale fakt, Gdańsk lubię. Mają boski festi­wal – Ope­ne­ra! No i foka­rium na Helu!

kiwi-10_photo-Sabina-Jaworek

4. Co zade­cy­do­wa­ło o Waszej prze­pro­wadz­ce do Bruk­se­li?
M.M.: Uwa­ga, będzie roman­tycz­nie (śmiech). W moim przy­pad­ku miłość. Naj­pierw ruszy­łam za nią z Pozna­nia do Luk­sem­bur­ga, a potem ku jesz­cze więk­szej mojej rado­ści do Bruk­se­li. Bar­dzo dobrze czu­łam się w Pozna­niu. Do dziś bar­dzo lubię to mia­sto. Widzę jak się roz­wi­ja, jak wie­le świet­nych miejsc tam powsta­je. Myślę, że gdy­by nie ten zryw ser­ca, zosta­ła­bym w Pol­sce. Nie­mniej nie żału­ję decy­zji, nie tyl­ko ze wzglę­du na wspo­mnia­ną już prze­ze mnie miłość, ale i na Bruk­se­lę, któ­ra jest cudow­nie mul­ti­kul­ti, a zara­zem napraw­dę kom­pak­to­wa. Jest dla mnie nie­zwy­kle inspi­ru­ją­cym miej­scem. Uwiel­biam tę moż­li­wość wybo­ru, jaki daje. Mogę iść na naj­lep­szą w mie­ście kawę do Wło­cha, wpaść do desi­gner­skie­go bistro na wegan food  albo w nie­dzie­lę na tar­gu Midi pod odra­pa­ną ścia­ną mostu kole­jo­we­go zjeść pach­ną­ce orien­tem naj­smacz­niej­sze na świe­cie nale­śni­ki maro­kań­skie i pić z brud­nej szklan­ki bar­dzo słod­ką her­ba­tę mię­to­wą. Żyć nie umie­rać!

 J.K.: A ja przy­je­cha­łam na wymia­nę stu­denc­ką w ramach umo­wy Era­smus do Roy­ale Aca­de­mie des Beaux Artes. Po ośmiu mie­sią­cach  wró­ci­łam do Pol­ski na ostat­ni rok stu­diów. Po obro­nie dyplo­mu chwi­lo­wy brak per­spek­tyw w Gdań­sku mnie znie­cier­pli­wił i przy­je­cha­łam na kolej­ne stu­dia magi­ster­skie z powro­tem do Bruk­se­li, tym razem na tka­ni­nę. Po roku się obro­ni­łam i wygra­łam nagro­dę za naj­lep­szy dyplom. Wte­dy też przy­je­cha­ła do mnie Agniesz­ka, bar­dzo się jej spodo­ba­ło. Gdy już mia­łam  przy­ja­ciół­kę przy sobie, to razem posta­no­wi­ły­śmy zostać na chwi­lę, na waka­cje i tak jestem aż do teraz. Nigdy chy­ba nie zde­cy­do­wa­łam, że to na sta­łe, ale jestem tu już pięć i pół roku.

5. Opo­wiedz­cie dokład­nie o misji KIWI.
J.K.: KIWI chce ludziom opo­wia­dać o sztu­ce współ­cze­snej, o desi­gnie, robić cie­ka­we pro­jek­ty, tak by przy­bli­żyć dzie­ciom na pozór skom­pli­ko­wa­ny język sztu­ki współ­cze­snej. Poza tym KIWI to zawsze cie­ka­we pomy­sły, jed­nym z nich był pro­jekt “A w moim mie­ście jest ina­czej”, książ­ki skie­ro­wa­nej do Pol­skich dzie­ci miesz­ka­ją­cych w Bruk­se­li, któ­ra ma im pomóc w pro­ce­sie adap­ta­cyj­nym.

We wszyst­kich naszych dzia­ła­niach sza­le­nie waż­ny jest dla nas aspekt edu­ka­cyj­ny. Myślę, że pod­sta­wo­wą misją KIWI jest otwie­ra­nie ludzi na tema­ty nie tyl­ko sztu­ki, ale mię­dzy­kul­tu­ro­wo­ści, róż­nic mię­dzy ludź­mi, ste­reo­ty­pów, szcze­gól­nie tu na emi­gra­cji to waż­ne. KIWI, ptak o otwar­tym umy­śle, nie boi się wyzwań.

6. Dla­cze­go zde­cy­do­wa­ły­ście się sku­pić na dzie­ciach?
J.K.: Tak mia­ło być tyl­ko na począt­ku, ale trwa­my przy tym zało­że­niu już trze­ci rok. To prze­cież bar­dzo pro­ste, tu na emi­gra­cji widać to szcze­gól­nie jasno, że dzie­ci to poten­cjał, siła, ener­gia, a dla mnie jako arty­sty to  przy­szli odbior­cy sztu­ki. Dla­te­go kie­ru­je­my nasze pro­jek­ty do niech, by wyro­śli na mądrych ludzi o otwar­tych umy­słach. Nie cho­dzi o to, by kocha­li sztu­kę współ­cze­sną, ale o to, by widzie­li, że sztu­ka jest i jest potrzeb­na, że poma­ga nam wyra­żać emo­cje, żeby nie bali się gale­rii, muze­ów, żeby umie­li się sztu­ką cie­szyć albo po pro­stu umie­li ja skry­ty­ko­wać. Dla mnie prze­ra­ża­ją­ce jest wypar­cie, jakie my, star­sze poko­le­nie, nosi­my w sobie. Wie­lu moich kole­gów mówi mi: ja tego nie rozu­miem, to głu­pie, to pro­ste, też bym tak umiał, umia­ła nama­lo­wać. Ale prze­cież to bie­rze się z nie­wie­dzy, z bra­ku umie­jęt­no­ści czy­ta­nia kodu kul­tu­ro­we­go. Kie­dyś ludzie nie umie­li czy­tać, ale wcho­dząc na przy­kład do kościo­ła, oglą­da­jąc śre­dnio­wiecz­ne malo­wi­dła ścien­ne, tzw. Biblia Pau­pe­rum, dosko­na­le rozu­mie­li sce­ny z Biblii. Nam nie bra­ku­je wie­dzy nie na temat cza­sów daw­nych, ale na temat sztu­ki współ­cze­snej. Wszy­scy lubią impre­sjo­nizm i wyda­je nam się to sza­le­nie nowo­cze­sne, a prze­cież tak nie jest, minę­ło już ponad 100 lat. Śmie­je­my się z Picas­sa, że taki nie­udol­ny, w naj­lep­szym razie nosi­my koszul­ki z rysun­ka­mi Liech­ten­ste­in i to na tyle. Dalej jest czar­na dziu­ra, per­for­man­ce to tyl­ko dla kogoś występ na sce­nie, a hap­pe­ning to taka dziw­na mani­fe­sta­cja, nie idąc już dalej w stro­nę pojęć trud­niej­szych jak action pain­ting (malar­stwo gestu) czy color field pain­ting (malar­stwo barw­nych płasz­czyzn). Chce­my po pro­stu pomóc w zro­zu­mie­niu tego dzie­ciom, taka pra­ca u pod­staw (śmiech).

7. Czy pla­nu­je­cie warsz­ta­ty dla doro­słych?
MM.: Tak, pla­nu­je­my, ale póki co nie chce­my nic zdra­dzać.

kiwi-książkowo5

8. Wyda­ły­ście książ­kę “A w moim mie­ście jest ina­czej”. Opo­wiedz­cie o niej. Skąd pomysł? Kim są boha­te­ro­wie?
MM.: Bez­po­śred­nią inspi­ra­cją były dla nas nasze kiwio­we dzie­ci. Pra­cu­jąc z nimi, obser­wo­wa­ły­śmy je, roz­ma­wia­ły­śmy z nimi o Bel­gii i Pol­sce. Roz­ma­wia­ły­śmy tak­że ze zna­jo­my­mi rodzi­ca­mi. Wie­my, że prze­pro­wadz­ka do inne­go kra­ju, w któ­rym mówi się innym języ­kiem, panu­ją nie­co inne zwy­cza­je, może być pro­ble­mem dla dzie­ci. Nawet dla dzie­ci uro­dzo­nych tutaj ten melanż języ­ko­wo-kul­tu­ro­wy jest wyzwa­niem. O prze­pro­wadz­ce decy­du­ją rodzi­ce, dzie­ci po pro­stu jadą z nimi, pozo­sta­wia­jąc swój świat w Pol­sce. I o tym jest ta książ­ka. O dziec­ku, któ­re ma wyje­chać z rodzi­ca­mi ze swo­je­go uko­cha­ne­go mia­sta do inne­go mia­sta, w kra­ju, któ­re­go języ­ka ani zwy­cza­jów tam panu­ją­cych nie zna. I nie jest tym fak­tem wca­le zachwy­co­ne. Kon­kret­niej – akcja książ­ki „A w moim mie­ście jest ina­czej” roz­gry­wa się w dwóch mia­stach: Gdań­sku i Bruk­se­li, i jest wymia­ną listów pomię­dzy dwój­ką dzie­ci, Mary­sią, któ­ra za kil­ka mie­się­cy wyje­dzie z Pol­ski, i Fran­kiem, któ­ry jest Pola­kiem, ale uro­dził się już w Bel­gii. Dzie­cia­ki pozna­ły się na waka­cjach nad pol­skim morzem, choć tego nie pamię­ta­ją. Mary­sia, dla któ­rej wypro­wadz­ka z Gdań­ska jest trud­ną do zaak­cep­to­wa­nia zmia­ną, za namo­wą mamy posta­na­wia dowie­dzieć się cze­goś na temat nowe­go mia­sta, do któ­re­go się prze­nie­sie. Dla­te­go pisze list do Fran­ka, któ­ry w książ­ce peł­ni rolę prze­wod­ni­ka po tutej­szych zwy­cza­jach. Fra­nek nie lubi pisać wypra­co­wań, ale idea pisa­nia listów bar­dzo go wcią­ga. Jego począt­ko­we listy, dość krót­kie i oszczęd­ne, powo­li robią się dłuż­sze i bogat­sze w infor­ma­cje o mie­ście i kra­ju, w któ­rym miesz­ka.

Chcia­ły­śmy, by nasza książ­ka była pomo­cą dla dzie­ci i rodzi­ców. Sta­ra­my się w niej w spryt­ny i, mam nadzie­ję, cie­ka­wy spo­sób prze­my­cać cen­ne infor­ma­cje na temat róż­nic mię­dzy ludź­mi, tego że róż­ni­ce są faj­ne i mogą być inspi­ru­ją­ce, że otwie­ra­ją nasze gło­wy.  Poza tym znaj­du­ją się w niej infor­ma­cje np. na temat pol­skich szkół w Bel­gii, adre­sy pol­skich psy­cho­lo­gów, któ­rzy pro­wa­dzą tera­pię dla dzie­ci, a tak­że przy­dat­ne sło­wa po fran­cu­sku i nider­landz­ku. Taka garść pod­sta­wo­wych infor­ma­cji na począ­tek.

Chcia­ły­śmy tak­że oba­lić nega­tyw­ne sko­ja­rze­nia i ste­reo­ty­py, któ­re krą­żą wśród dzie­ci na temat innych nacji, nie­ste­ty czę­sto prze­ka­zy­wa­ne im przez doro­słych. Nie­zmier­ne waż­ne dla nas jest poka­zy­wa­nie dzie­ciom tego, że świat jest pięk­ny dzię­ki temu, że jest tak zróż­ni­co­wa­ny. Że ludzie są róż­ni. Róż­ne są ich kul­tu­ry. Trze­ba mieć dla nich sza­cu­nek. A dzie­cia­ki z natu­ry są otwar­te, cie­ka­we i ufne, nie powin­ni­śmy ich stra­szyć inno­ścią. Blo­ko­wać tej wro­dzo­nej cie­ka­wo­ści. Chcia­ły­śmy, by książ­ka w spryt­ny i zabaw­ny zara­zem spo­sób prze­my­ca­ła infor­ma­cje na temat tych róż­nic, inno­ści, któ­ra wzbo­ga­ca.

9. Skąd pomysł na nie­co­dzien­ny for­mat książ­ki? Książ­ka skła­dać się z dwóch odręb­nych har­mo­ni­jek, a tym samych histo­rii, połą­czo­nych okład­ką.
J.K.: To było mam wra­że­nie jedy­ne roz­wią­za­nie do tak skom­pli­ko­wa­ne­go pomy­słu, a mówię tu o dwóch mia­stach, dwóch histo­riach i dwóch ilu­stra­tor­kach. Na roz­wią­za­nie wpa­dła Agniesz­ka, jest świet­na w wymy­śla­niu, i od razu bar­dzo nam się to spodo­ba­ło. Pro­blem był tyl­ko jeden: kto nam to wydru­ku­je, bo takiej książ­ki na ryn­ku pol­skim i zagra­nicz­nym chy­ba nigdy nie było.

M.M.: Poza tym zale­ża­ło nam na tym, by książ­ka była wyjąt­ko­wa. To że będzie dar­mo­wa nie mia­ło ozna­czać brzy­do­ty czy nija­ko­ści. Wzglę­dy este­tycz­ne są dla nas oprócz tek­stu i ilu­stra­cji tak­że bar­dzo istot­ne. Zatem i dobry papier, cie­ka­wy skład i weso­łe fon­ty, to wszyst­ko było dla nas waż­ne.

kiwi-książkowo4

10. Pre­mie­ra książ­ki była w stycz­niu. Jakie infor­ma­cje zwrot­ne otrzy­ma­ły­ście od osób któ­re ją prze­czy­ta­ły?
M.M.: Przy­znam, że nie spo­dzie­wa­ły­śmy się takie­go suk­ce­su książ­ki. Takie­go odze­wu. To był pro­jekt dla pol­skich dzie­ci w Bel­gii, a roz­rósł się do dużej pol­skiej pre­mie­ry. Piszą do nas nauczy­cie­le, że taka książ­ka była potrzeb­na, piszą rodzi­ce, że pięk­na i dzie­ci sie­dzą na dywa­nie i zaczy­tu­ją się, piszą dzie­ci, że faj­ni boha­te­ro­wie, że faj­na ta Bruk­se­la, że faj­ny Gdańsk, ba, dobrze piszą o niej recen­zen­ci. To wszyst­ko jest bar­dzo miłe. Co wię­cej, utwier­dzi­ło nas w tym, że nasze dzia­ła­nie było bar­dzo potrzeb­ne dzie­ciom tutaj.

Mamy tak­że dużo listów z Pol­ski z proś­bą o egzem­plarz. I to nasza bolącz­ka: ksią­żek jest mało, zale­d­wie 1000 sztuk, i są one prze­zna­czo­ne na tutej­szy rynek. Stąd nasze marze­nie o wydaw­cy, któ­ry chciał­by wydać książ­kę w Pol­sce, by mogła uka­zać się w tam­tej­szych księ­gar­niach.

 11. War­to zazna­czyć, że książ­ka jest bez­płat­na. Kto pomógł Wam z sfi­nan­so­wać pro­jekt?
MM.: Pro­jekt w dużej mie­rze został sfi­nan­so­wa­ny przez Amba­sa­dę RP w Bruk­se­li, któ­ra przy­glą­da się naszym dzia­ła­niom i co jakiś czas nas w naszych pro­jek­tach wspie­ra. Mamy tak­że swo­ich wier­nych spon­so­rów (śmiech). Tak, nie­któ­rzy mają wier­nych fanów, my  mamy wier­nych spon­so­rów. Mam tu na myśli pierw­szą pol­ską pie­kar­nię w Bruk­se­li Pań­stwa Cisz­kow­skich, Pol­sma­ak, i Huber­ta Rah­de­na i jego Agen­cję Meta4. To spon­so­rzy, któ­rzy od począt­ku ist­nie­nia KIWI nas wspie­ra­ją. W tym pro­jek­cie pomo­gła nam tak­że Gazet­ka, mie­sięcz­nik polo­nij­ny, i Prin­tA­dvi­sor, fir­ma, któ­ra zna­la­zła dru­kar­nię i pana intro­li­ga­to­ra, któ­rzy przez ponad mie­siąc książ­kę kle­ił.

12. Były­ście nomi­no­wa­ne do nagro­dy Polak Roku w Bruk­se­li. Czy spo­dzie­wa­ły­ście się takie­go suk­ce­su KIWI?
J.K.: To było sza­le­nie miłe być nomi­no­wa­nym po zale­d­wie pół­to­ra­rocz­nej dzia­łal­no­ści. Gło­sy inter­nau­tów napraw­dę doda­ły nam skrzy­deł. Jesz­cze raz dzię­ku­je­my za nomi­na­cje i za gło­so­wa­nie na nas.

13. Czy oprócz wspól­ne­go pro­jek­tu KIWI macie jakieś inne zaję­cia?
J.K.: Ja mia­łam i mieć będę, bo bar­dzo lubię pra­co­wać ze sztu­ką. Oprócz pra­cy na pół eta­tu jako gra­fik w jed­nym z biur, pra­cu­ję jesz­cze z dzieć­mi w domu kul­tu­ry przy pro­jek­cie festi­wa­lu „Brus­sel Babel”, któ­ry inte­gru­je dzie­ci z roż­nych śro­do­wisk. Pro­wa­dzę tam pra­cow­nię lino­ry­tu, poza tym mam pra­cow­nię, gdzie malu­ję obra­zy, robię koron­kę bel­gij­ską, i pro­jek­tu­ję. To tak w skró­cie:)

MM.: Cóż, od nie­daw­na jako podwój­na mama, moja córecz­ka uro­dzi­ła się pół roku temu, sku­piam się na dzie­ciach wła­snych i tych z KIWI. Mam co robić. Pro­szę mi wie­rzyć, pra­ca w KIWI to napraw­dę miłe zaję­cie, ale i cza­so­chłon­ne. Tym bar­dziej teraz kie­dy jeste­śmy w gru­pie tyl­ko dwie, bo Agniesz­ka wyje­cha­ła z Bel­gii. Wcze­śniej pra­co­wa­łam jako korek­tor­ka i gra­ficz­ka fre­elan­ce. Nie­ba­wem zno­wu powró­cę do tych zajęć.

14. Jakie są Wasze pla­ny na przy­szłość? Kolej­na książ­ka, czy może więk­sza licz­ba warsz­ta­tów?
M.M.: Wciąż pra­cu­je­my nad naszą mar­ką, wszak takie było nasze zało­że­nie, by KIWI to nie były tyl­ko zaję­cia dla dzie­ci, ale tak­że con­cept gru­pa zaj­mu­ją­cą się pro­jek­to­wa­niem, wyda­wa­niem, orga­ni­za­cją even­tów kul­tu­ral­nych, edu­ka­cyj­nych i oczy­wi­ście uwraż­li­wia­niem ludzi na sztu­kę. Póki co mamy nadzie­ję na zna­le­zie­nie wydaw­cy dla „A w moim mie­ście jest ina­czej” w Pol­sce, rusza­my z warsz­ta­ta­mi KIWI do Gdań­ska w maju, a tak­że szy­ku­je­my się do wspól­ne­go pro­jek­tu ze szko­łą w Antwer­pii, z któ­rą swe­go cza­su robi­ły­śmy świet­ne warsz­ta­ty z desi­gnu inspi­ro­wa­ne­go folk­lo­rem. Nad dal­szy­mi przy­go­da­mi Mary­si w Bruk­se­li tak­że myśli­my inten­syw­nie. Gło­wy nasze zawsze peł­ne pomy­słów.

kiwi-5_photo-Sabina-Jaworek

 15. Czy myśli­cie o powro­cie do Pol­ski?
J.K.: Ja oso­bi­ście uwiel­biam wra­cać do Pol­ski i robię to, jak tyl­ko mogę albo mam ocho­tę. Pocho­dzę z Bia­łe­go­sto­ku, wiec podroż z Bruk­se­li samo­lo­tem i dojazd do domu zaj­mu­je mi tyle samo cza­su co pocią­giem z Gdań­ska do Bia­łe­go­sto­ku, wiec tak napraw­dę nic się nie zmie­ni­ło od cza­sów stu­diów. Na razie moje pla­ny wią­że z Bel­gią.

M.M.: Ja rów­nież póki co nie pla­nu­ję powro­tu do Pol­ski. Jak dotąd świet­nie funk­cjo­nu­ję pomię­dzy dwo­ma kra­ja­mi. Tym bar­dziej że obec­nie prze­miesz­cza­nie się mię­dzy Pol­ską i Bel­gią jest łatwiej­sze niż kie­dy­kol­wiek. Poza tym Inter­net pozwa­la nam być na bie­żą­co!

16. Cze­go byście sobie życzy­ły?
J.K.: Otwar­tych umy­słów urzęd­ni­ków, na któ­rych ręce skła­da­my pro­jek­ty KIWI, rodzi­ców, któ­rzy wie­rzą, że warsz­ta­ty ze sztu­ki współ­cze­snej są waż­ne dla dzie­ci, i dzie­ci, któ­rym będzie się chcia­ło prze­stać grać na table­cie i zechcą pory­so­wać kred­ka­mi.

MM.: Dobrze powie­dzia­ne. Dodam jesz­cze, że marzy nam się miej­sce, w któ­rym mogły­by­śmy dzia­łać tak­że w cią­gu tygo­dnia. Ale to taki bar­dzo duży pro­jekt, na zre­ali­zo­wa­nie któ­re­go potrzeb­ne są zde­cy­do­wa­nie poważ­niej­sze środ­ki. To nasz plan pię­cio­let­ni. Mam nadzie­ję, że uda się go zre­ali­zo­wać. Oby KIWI rosło w siłę.

kiwi-książkowo3

kiwi-książkowo_2

kiwi-abstrakcyjnie3

kiwi-abstrakcyjnie-4

For Vers-24, War­saw

_____

POLECAJCIE:

 




Komentarze

komen­ta­rzy